Wiadomości

Jad szerszenia może zabić!

Jad szerszenia może zabić!

Fot.: wikipiedia

 Owady gnieżdżą się na strychach i w kominach. Tego lata strażacy usunęli w rejonie Gorlic już 100 ich gniazd. 

Jesteśmy na półmetku lata, a strażacy już niemal sto razy wyjeżdżali, by likwidować gniazda szerszeni. Niebezpieczne owady są w tym roku szczególnie aktywne.

- Potrafią założyć gniazdo nawet w wentylacji albo w kominie - opowiada Dariusz Surmacz, oficer prasowy KP PSP w Gorlicach. - Jedno ze zlikwidowanych gniazd było w… sianie - dodaje jeszcze.

Jeszcze kilka tygodni temu, wezwania do gniazd szerszeni pojawiały się sporadycznie, teraz jest to nawet kilka, kilkanaście wyjazdów dziennie.

Renata Śliwa, gorliczanka mieszkająca w Gliniku, gniazdo zorientowała się, że zagnieździły się u niej szerszenie po tym, jak wróciła z urlopu.

- Wyglądało to niepozornie, jakby ktoś zawiesił piłkę pomiędzy rynną a ścianą domu - opowiada. - O tym, kim są lokatorzy owej piłki, przekonałam się, gdy jeden wleciał mi do pokoju. Był naprawdę wielki, przez chwilę miałam, wrażenie, że mam w pokoju silnik jakiegoś urządzenia - opisuje.

Gorliczanka ma małe dzieci, nie zastanawiała się, tylko zadzwoniła po strażaków.

- Zwyczajnie bałam się i o nie i o siebie - mówi wprost.

Bania pod dachem to dosyć oczywiste miejsce, ale zdarzały się mniej oczywiste miejsce.

- Zadzwonił do nas mężczyzna, prosząc o interwencje, tyle tylko, że nie potrafił określić, gdzie szerszenie się zadomowiły - relacjonuje z kolei Surmacz. - Opowiadał, że po kilka, kilkanaście niemal bez przerwy krąży po tarasie - dodaje.

Druhowie, którzy dotarli na miejsce, najpierw byli nieco sceptyczni - przeszukali strych, wszystkie miejsca pod dachem, kominy i wentylacje. Nigdzie nic. Zupełnie przypadkowo, któryś przesunął brzozowy pniak, na którym stała donica z kwiatami.

- Okazało się, że owady wydrążyły sobie w tymże pniaku gniazdo - dodaje rzecznik. - Zaczęły już nawet pielęgnować potomstwo, stąd wniosek, że musiały tam być od dawna - dodaje.

Choć brzmi to może nieco abstrakcyjnie, o tym, jak niebezpieczne w skutkach może być spotkanie z takim owadem, przekonał się 37-letni kierowca z Jastrzębia-Zdroju (województwo śląskie). Pod koniec czerwca, serwisy informacyjne rozpisywały się o wypadku spowodowanym właśnie przez szerszenia, który przez otwarte okno, wleciał do jadącego samochodu. Kierowca próbował się opędzić, stracił panowanie nad samochodem, uderzył w dwa przydrożne drzewa, a potem dachował. Miał szczęście, że poza ogólnymi potłuczeniami nic mu się nie stało. Auto zaś nadaje się tylko do kasacji.

Rafał Przybyłowicz, z OSP w Dominikowicach, do usuwania gniazd szerszeni jeździ ostatnio nagminnie. Widział już owady, które znalazły sobie dom w źle wykonanej elewacji - po prostu znalazły sobie szczelinę, przez którą weszły pomiędzy mur a styropian.

- Zdarzyło się, że przyjechaliśmy i na miejscu okazało się, że gniazdo ma metr wysokości i jakieś pół metra szerokości - opowiada. - Na pierwszy rzut oka wygląda jak to osie, tylko jest kilkanaście razy większe - dodaje.

W zasadzie żadne miejsce siedzibę nie jest złe. Mirosław Nabożny, wędkarz z Gorlic, z szerszeniami spotkał się ostatnio nad jeziorem w Klimkówce. Mówi, że gniazdo było w gęstych zaroślach, a dorosłe owady były nie mniejsze niż kciuk. 

Usuwanie „bani” z szerszeniami nie jest takie proste. Trzeba to zrobić szybko - najpierw nałożyć worek, a potem ją oderwać. Im sprawniej, tym lepiej, bo więcej owadów zostanie w gnieździe.

Kazimierz Madzula, pszczelarz z Gładyszowa mówi, że szerszeni się nie boi: one sobie, on sobie.

- Pszczoły i szerszenie stosują różne techniki. - Te pierwsze, gdy żądlą, wyrywają z siebie torebkę jadową, szerszenie ze swej natury nie mają takiego „haka”, a więc żądło jest niejako wielorazowego użytku - opisuje obrazowo.

Musimy pamiętać o jednym: zabezpieczenie obiektu przed owadami w myśl przepisów należy do właściciela obiektu. 

- Straż pożarna, w każdym przypadku bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia ludzi udziela natychmiastowej pomocy, natomiast w innych przypadkach, gdy tego zagrożenia nie ma, likwidacją gniazd os i szerszeni zajmują się wyspecjalizowane firmy dezynsekcyjne - przypomina Surmacz. 

Czasem, w przypadku użądlenia przez szerszenia o zdrowiu i życiu mogą decydować minuty

Rozmawiamy z lek. med. Tomaszem Płatkiem, internistą, specjalistą geriatrii z gorlickiego szpitala

Czy  użądlenie przez szerszenia może być niebezpieczne?
Bardzo. Szczególnie w przypadku dzieci i osób, które mają skłonność do uczuleń. Nie ważne na co, bo w każdym przypadku trzeba być czujnym. Takie użądlenia mają to do siebie, że bardzo szybko mogą doprowadzić do wstrząsu. Najbardziej niebezpieczne są te w obrębie twarzy i szyi. W takich przypadkach nie ma na co czekać, trzeba szukać pomocy lekarza. Jeśli akurat trafiło się to gdzieś na bezdrożach, szukać pomocy jak najbliżej - w lokalnych ośrodkach zdrowia, a nawet miejscach, gdzie stacjonują karteki pogotowia. Jeśli powiemy, co się wydarzyło, że jesteśmy uczuleni albo chodzi o dziecko, to na pewno nikt nie odmówi nam pomocy.  Jeszcze raz podkreślam - w przypadku najmłodszych  i alergików czas gra istotną rolę.

Nie lepiej poobserwować miejsce po takim użądleniu?
Nie, bo nie wiemy, jak szybko organizm zareaguje. Obrzęk może być tylko miejscowy, ale nie mamy pewności, że nie rozwinie się w coś więcej.  Czasem o zdrowiu i życiu mogą zdecydować minuty. 

Aż tak poważnie?
Najgroźniejszą reakcją jest wstrząs anafilaktyczny - zespół ciężkich zaburzeń ze strony układu krążenia ze znacznym obniżeniem ciśnienia  krwi oraz ostrym niedotlenieniem narządów.  Czasem wystarczy podać leki przeciwuczuleniowe, ale może się okazać, że konieczna jest na przykład adrenalina. Wszystko po to, by w jak największym stopniu zminimalizować skutki działania jadu. Owszem, co jakiś czas słychać dyskusje o tym, ile szerszeni musiałoby użądlić człowieka, żeby ten zmarł, że jad wcale nie jest taki groźny. Wszystkim polecam - lepiej, żeby nie przekonywać się o tym na własnej skórze. 

Miał Pan przypadki użądleń przez szerszenie?
Miałem, choć rzeczywiście rzadko. Natomiast jakieś dwa lata temu okazało się, że szerszenie zaadoptowały na swój użytek budkę na drzewie w pobliżu budynku szpitala. Zanim się zorientowaliśmy, potrafiły wlecieć do szpitalnej sali. Natychmiast zawiadomiona została straż pożarna, która usunęła niechciane sąsiedztwo. Nikt nie miał ochoty przekonywać się, który chory i jak zareaguje na ewentualne użądlenie. To samo radzę wszystkim innym - nie wpadajmy w panikę, ale też nie lekceważmy sprawy.

 

 

Komentarze (1)

By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.